Ci, którzy mnie znają choć troszkę, podejrzewają pewnie, że tytuł dotyczy pysznych kluseczek. Błąd!
Nawet się nie domyślacie, czego dotyczy
W trzecim, czy czwartym dniu urlopu trafiliśmy do Valasskeho Muzeum w Prirode. Coś jak skansen w Ochli, tylko sto razy większy i z racji położenia w górach sto razy ładniejszy.
Jako porządny ojciec zabrałem młodego do… kuźni. Tam Pan Kowal, chłop jak dąb, specjalnie dla nas zrobił podkowę. Zawinął ją ładnie w papierek i wręczył Maksiowi. Młody chwilę się pocieszył i kazał mi ją schować w kieszeń. Wiadomo, ani to kolorowe, ani błyszczące, to i wylądowało na spodzie plecaka. Ale wieczorem…
Maksiu zaczął grzebać w plecaku, kręcił się, szukał… Wreszcie nie wytrzymał i spytał:
- Tatusiu, gdzie jest moja kopytka?
- Co?
- Kopytka!
- Jaka kopytka?
- No kopytka! Nie rozumiesz? Łeeeeee, nikt mnie nie rozumie (juz któryś raz rzucił takim tekstem hehe)
Minęło pół godziny. Patrzę – idzie młody. W ręku niesie zawiniętą w papierek podkowę.
- Znalazłem kopytkę! – stwierdził uradowany
Kopytka, hi hi. Pewnie skojarzył nazwę, bo nosi się ją pod kopytem… Cfana bestia.
PS.
Dziś gram mecz ligi czeskiej piłkarskiej:
Hradec Kralove – Hk Jablonec 2 (2.2)